Joanna Słabik – archeolog, bibliotekarz, pisarz

Pniok

Jestem śląskim pniokiem.  Na tej ziemi żyli, pracowali i umierali moi przodkowie. Tu rodziły się ich dzieci i wnuki. Moi dziadkowie ze strony ojca przyjechali na Śląsk za pracą po pierwszej wojnie światowej z Saksonii i już tu zostali. Dziadkowie ze strony mamy byli tu wcześniej. Kopalnia karmiła górników wraz z ich licznymi rodzinami.

Godka

W domu się godało, jakżeby inaczej? Czasem pojawiał się niemiecki, kiedy do mamy przyłaziły sąsiadki na klachy i nie chciały, żeby dziecko zrozumiało o czym godają. Obrażona opuszczałam wtedy kuchnię.
Wszędzie naokoło się godało: na placu, w sklepie. Kto nie godoł, od razu rzucał się w oczy, był „inny”,  był gorolem. Czasem godało się też w szkole. Ale tam walczono z godką. Trzeba było mówić czysto po polsku.
– Bierzcie przykład z Asi, jak pięknie mówi i czyta – chwaliła nauczycielka a ja puchłam z dumy. Już wtedy wiedziałam, że jeśli to prawda, zawdzięczam to książkom, które towarzyszyły mi przez całe życie.

Moje dzieciństwo to

matka, zawsze w domu. Często śpiewała, a repertuar miała bardzo bogaty. Od pieśni kościelnych, przez powstańcze, górnicze, po przyśpiewki ludowe.  Najbardziej lubiłam tę o dziurze w gornku, miły Romciu.

Całe dnie spędzała w kuchni przy garach, warząc nieśmiertelny panszkraut i karbinadle albo żur.

Często też myła okna, czasem parę razy w miesiącu. Czarny pył węglowy był wszechobecny, unosił się w powietrzu, osadzał na parapetach, wydobywał z pieców kaflowych. Moim ulubionym miejscem w domu było krzesło na wprost otwartych drzwiczek pieca. Potrafiłam godzinami wpatrywać się w żywy, wesoło mrugający płomień, ciągle zmieniający kolory. Czasem na kolana wskakiwał mi Azor, przedziwna mieszanina foksteriera z „niewiadomoczym” i oboje zgodnie gapiliśmy się i grzali w jego cieple.
Pamiętam zamykane pośpiesznie okna, gdy regularnie, o stałych porach dnia, (najczęściej w niedziele), wdzierał się do mieszkania potworny smród z pobliskich zakładów azotowych.
– No ja, juzaś otwarli te filtry na kominach – narzekali rodzice i sąsiedzi.

Pamiętam orkiestrę górniczą budzącą ludzi skoro świt w Barbórkę.
Ojciec wyciągał z szafy mundur górniczy, starannie go czyścił .
– Tato, czymu mocie bioły pióropusz?
–  Bo już nie robia na dole ino na wiyrchu. Som jeszcze pióropusze czorne, czerwone, zielone.    

To były dobre chwile dzieciństwa. Były też złe, ale o nich nie chcę pisać, nie tutaj, nie w tej chwili.

 Do rodziców zwracało się per „wy”, było to dla mnie tak oczywiste, że dziwiłam się zdziwieniu znajomych, również wielu moich śląskich koleżanek. W całej rodzinie ten archaizm językowy funkcjonował dość długo. Na pewno miało to coś wspólnego z szacunkiem. Rodzice nie byli kolegami, nie pyskowało się, no bo jak pyskować per „wy”? Można się było narazić na oberwanie tym, co akurat było pod ręką, najczęściej mokrą szmatą.

Mój dom rodzinny był reliktem, zatrzymanym w czasie. Cała filozofia życiowa mamy opierała się na słowie:  „piyrwyj”.
Jak coś było piyrwyj i ludzie jakoś żyli – to po co to zmieniać?
„Piyrwyj tego nie było” kończyło dyskusję.
Piyrwyj dzieci rodziły się w domu, bo ciąża i poród to nie choroba, więc i nasza trójka urodziła się w domu.
Piyrwyj nie było lodówek, więc i mama jej nie potrzebowała. Pamiętam, że gdy za pierwszą zaciągniętą pożyczkę kupiłam lodówkę i wstawiłam ją do kuchni, mama śmiertelnie się obraziła. Na szczęście na krótko.
Piyrwyj prało się na tarze, czyli waszbrecie, więc i ona, po paru nieufnych próbach użycia Frani, odmówiła dalszej współpracy ze sprzętem, który tylko czekał na to, żeby ją „kopnąć”.
Jedyny wyjątek zrobiła dla telewizora, który pokochała miłością tak wielką, że nawet spała na krześle, niebezpiecznie się przechylając na boki. No przeca nie śpia, nie sztuchej mie, dziołcha.

Historią Śląska

nigdy się specjalnie nie interesowałam. Nie musiałam. Ona była we mnie, w domu, w opowieściach rodziców, niezliczonych ciotek i wujów. Skomplikowanych koligacji rodzinnych nigdy nie opanowałam wystarczająco.
Historia przemawiała z pieczołowicie przechowywanych w pudełku zdjęć.
– Patrz, tu jest ojciec, jeszcze przed ślubem. Taki młody, przystojny, siedzi w grupce żołnierzy. Biały orzełek na czapce, a na dole podpis: Zaolzie 1938.
– A to jo z ciotką Gretą. Widzisz jakie piykne momy stroje. Tak się oblykały Matki-Polki.

A to już ślub, majowy. Jaką byli piękną parą. Jej welon podtrzymywała mała korona przepleciona mirtem, ojciec brał ślub w cylindrze. Goście weselni, rodzice, bracia siostry z rodzinami.

 – Zapamiętej Asia, nie bier ślubu w maju, bo to gwarantowane nieszczęście.

Pierwsze dziecko urodziło się i po paru godzinach zmarło. Cóż, taki los.

Cztery miesiące później rozpoczęła się…

Druga wojna światowa

Z wojennej zawieruchy, o dziwo, wrócili wszyscy powołani do wojska krewniacy. Jakże wielkim instynktem samozachowawczym została obdarzona ta moja rodzina. Nikt nie oddał życia za „Fuhrera und Vaterland”. Wrócili: ujek Jorg z Wehrmachtu, ujek Antek z Kriegsmarine, a nawet ujek Adolf. Na niego ciotka Greta czekała dłużej, pewnie bez to piykne imię.

Nie mam zdjęcia ojca w mundurze niemieckim. Zmobilizowany pod koniec wojny, bezpiecznie zadekował się na niemieckiej wsi. Dłużej, niż było trzeba. Mama nawet chodziła do Cyganki, żeby jej powiedziała, czy nie jest już przypadkiem wdową. Cyganka uspokoiła ją w tym względzie. Od tego czasu mama wierzyła w cygańskie wróżby.
Potem w rodzinie pojawił się ujek Alojz, andersowiec.
Trudna, skomplikowana historia Śląska, nie do pojęcia dla ludzi z zewnątrz.

Następne wspomnienie: kobiety, dzieci i nadciągająca Armia Czerwona. Strach tamtych dni słychać w głosie jeszcze tyle lat po wojnie.
Na mieszkanie do ciotki Grety mieli przyjść spać wojoki. Przerażona kobieta, matka kilkorga małych dzieci, elegancko pościeliła łóżka, oblekła wykrochmaloną, białą pościelą.
Te ciotczyne łóżka wprawiły oficera w niezłą konsternację.
– Przykozoł im się umyć, a potem przyszoł i sprawdzoł, czy mają czyste nogi.
Z tego wszystkiego zapomniał zadać pytanie:  Żenszczina, u was riebiata jest, a gdie wasz muż? Nie spytał, na szczęście.

Wyfruwam w świat

Widzę smutek w oczach mamy – uciekosz z domu? Jest mi jej żal. Pewnie inaczej to sobie wyobrażała. To nie tak miało być!  Najmłodsze dziecko, córka powinna być blisko, pomagać na starość.
Słyszę złość w głosie ojca.  – To już w Katowicach nie idzie sztudiować? Krakowa ci się zachciało. Tak daleko od domu, 80 kilometrów. Przeca ty nigdy w życiu nikaj nie wyjeżdżałaś sama, nawet na kolonie nie chciałaś jeździć.
Tak, mamo, uciekam. Zabieram ze sobą wspomnienia, te dobre ale i złe, których mi nie brakowało. Może tam, w Krakowie uda się zapomnieć. Nic mnie zatrzyma.

Pierwsze spotkanie z kolegami z roku i od razu szok. – Jesteś ze Śląska.
???
– Słychać.
Jestem pniokiem. Zawsze będzie to słychać.

Po pięciu latach wróciłam do domu, bo tak było trzeba. Pochowałam ojca, potem matkę. Zapuściłam korzenie na nowo.

Apel zmarłych

We Wszystkich Świętych zapalam mnóstwo zniczów. Mama, tata, babcia Bronia i dziadek Ludwik, babcia Jadwiga i dziadek Piotr, ujek Janek, Jerzy, Alfons, Alojz, ciotki Gustla, Waluś, Helena.
Wszyscy spoczywają na jednym cmentarzu w Michałkowicach. Już wiem, że i dla mnie znajdzie się wśród nich miejsce.
Jestem pniokiem.

Moje dzieci

rozpościerają skrzydła do lotu. Odfruwają, dużo dalej niż 80 km. Uciekają ze Śląska, by gdzieś tam, w Europie szukać swojego miejsca na ziemi. Nie próbuję ich zatrzymać, to zwyczajna kolej rzeczy.
Tylko czasem się zastanawiam, czy będzie komu zapalić znicz na moim grobie.
Nie przestaję jednak wierzyć, że może kiedyś, po latach powrócą tam, gdzie są ich korzenie.  Czy będzie jeszcze istniał Śląsk jeśli zabraknie pnioków?

Mój Śląsk

pięknieje. Okna myję kilka razy do roku, nie wdycham smrodu z kominów.
Kopalnia – żywicielka już nie istnieje.
Rodziny z mojego dzieciństwa też już nie ma.  Losy rozsypały ich po Europie: Niemcy, Holandia.
Zbliżająca się samotność mi nie przeszkadza. Dobrze czuję się we własnym towarzystwie. Uzupełniam wiedzę o Śląsku, czytam książki. Zachwyca mnie „Czarny ogród” Małgorzaty Szejnert. Nie mogę wyjść z podziwu, że ktoś, kto nie jest ani krzokiem, ani pniokiem, ani nawet ptokiem, poradził napisać taką piękną książkę o Śląsku.

Chodzę do teatru, szczególnie mojego ukochanego Koreza.” Cholonek” czy” Mianujom mie Hanka” to sztuki o historii Śląska i mojej rodziny.
Kocham podróże, ruch, lubię poznawać świat i ludzi. Ale nigdzie dłużej nie zagrzałam miejsca. Zawsze wracałam do domu, na Śląsk.

Kim jestem?

      Dla Niemców – Schlesier.

             Dla Polaków – Hanys.

                   Dla „prawdziwych” Polaków – Zakamuflowana Opcja Niemiecka.

                           JESTEM  ŚLĄSKIM  PNIOKIEM

Jedna odpowiedź do “Joanna Słabik – archeolog, bibliotekarz, pisarz”

  1. Wielki to dla mnie zaszczyt znaleźć się w gronie wspaniałych ludzi KARASOLA.
    Chciałabym tylko zamieścić małe sprostowanie: nie do końca jestem archeologiem (ukończyłam 5 lat studiów i zaliczyłam wszystkie egzaminy, ale przed obroną pracy musiałam wrócić na Śląsk bo „tak było trzeba”) i nie mam z tego powodu kompleksów. Przez ponad 35 lat robiłam to co kochałam najbardziej, czyli byłam bibliotekarką. A czy zasługuję na miano pisarki… cóż czas pokaże.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wpisz taką liczbę, by działanie było poprawne. *