August Scholtis, Wiatr od wschodu – Aleksander Lubina

Echt Hanysy i Oberschlesier’y czytajom buchy wydnictw Silesia Progress i Narodowo Oficyna Śląsko.

Silesia Progress?

Owszem, owszem, Silesia przeżywa progres.

Rośnie, wzrasta, wzlatuje, wzbogaca rynek księgarski, umożliwia czytelnikowi szerszy wybór, wspomaga poznanie literatury i twardo stąpa po wolnym rynku. To wspaniale. To Silesia! To po naszymu!

Wyśmienicie, że Silesia ma Pyjtera Długosza, bo bez niego byłoby o wiele mniej książek o Śląsku i po śląsku.

Dobrze, że Długosz wydał Dzienniki księdza Pawlara, Hanyskę, Dziedzictwo, Obcego w kraju urodzenia oraz Burnsa po naszymu a Scholtisa po polsku – bardzo dobrze.

Bardzo dobrze, że Długosz wyłożył pieniądze, żeby Ostwind po 83 latach od napisania i wpisania przez nazistów na listę prohibitów znalazł się w księgarniach Rzeczpospolitej. Wreszcie można porozmawiać o tej książce po jej przeczytaniu w tłumaczeniu. Mnie ją i Blaszany bębenek przemyciła Oma z Efu…

Do 2015 psy na Auguście wieszano bezkarnie lub z wypiekami na twarzach szeptano o nim i jego książkach karnie, podsłuchując wspomnień o Scholtisie strażaku-policjancie w Kattowitz podczas wojny drugiej i gościu oficjalnym, pezetpeerowskim w Katowicach po wojnie drugiej – a im więcej dymku cygarowego i piwa wypitego, tym bliżej było do własnego zdania i Górnego Śląska poznania.

Niedobrze, że Długosz na Wiatr od wschodu wyłożył własne pieniądze, bo interes kulturalno-narodowy wymagałby, aby książka Scholtisa skorzystała z większych pieniędzy – i to pieniędzy podatnika, bo podatnik powinien przeczytać Scholtisa bezwzględnie. Powinien przeczytać i pojąć ważkość tego dzieła, tego wydarzenia literackiego. Istotne jest, bo spotkania z książką reklamowano jakby z grymasem dziecka na nocniku – trzeba zrobić, to zrobiMY, byleby smrodek się nie rozszedł. Zamilczano może i z tego powodu, oraz innych (ale o tym w maju napiszę), 100 rocznicę urodzin Wilhelma Szewczyka – a wiadomo, co Szewczyk i Sołtys niejedno napisali, obgadali i zrozumieli – jak to rękodzielnik z Bauerem najistotniejszym.

Jedna inwestycja to wydanie książki i jej promocja a druga, chyba istotniejsza, to jej rzetelne omówieni oraz przygotowanie czytelnika do percepcji. Na to powinny iść pieniądze podatnika – na edukację, na edukację. Wiatr od wschodu to lektura obowiązkowa, bo to kanon literacki a bez jego znajomości jest się człowiekiem niezbyt wykształconym… Takim soroniom nieczytatym, nienaumionym, do sie weprzeć, co one kształcone, a one ino diploma majom i hauzkyjza we gowie.

Wiatr od wschodu

nie powinien powodować przeciągów w pustych kamerlikach. Co prawda Górny Śląsk to otwarta przestrzeń literacka – o ile przestrzeń może być zamknięta – to jednak tu mowa o otwartości kulturowej a nie o próżni mózgowej. Ostwind trafia jeżeli nie w próżnię, to na ziemię jałową, wypaloną żarem przekonań właściwych pseudo patriotycznych i politycznie poprawnych, wypłukaną wodolejstwem akademickim i medialnym, wysmaganą wiatrami po kiepskich krupniokach, preswuszcie i żymlokach świynconych przede Godami w towarzystwie kiełbasy czoskowanej sowicie i baranków niepasanych a jeno ostrzyżonych do gołej…

Język Scholtisa.

Bez znajomości niemieckiego, bez znajomości omówień niemieckojęzycznych, bez zapoznania się ze źródłami czeskimi, zabrano się żarliwie do powielania wiedzy oralnej… o obrażaniu, o genialności, o nowatorstwie, o kapitalnym przekładzie – o Životopisie.

Że niby do szkół nie chadzał a taki z niego oryginał i wykształciuch nienawistny.

Wiluś Trzęsidzida to niby jakie wszechnice ukończył, a Mikołaj Rey, a Aleksander hrabia Fredro, a Kasprowicz, Leśmiań?

Praca sekretarza u Karla Maxa Lichnovského to Scholtisowi z litości, z laski, z ignorancji się dostała? Słoma z butów sekretarzowi rodu wielkiego wyglądała? Nie, nie, to jakieś takie szlachecko-socjalistyczne podkreślanie pochodzenia z plebsu lub ze wsiam, żeby choć odrobinę dokuczyć, troszeczkę zdyskredytować, żeby podkreślić swoje bułkę przez bibułkę.

A tyn jynzyk nowatorski, ten przełomowy, ten porównywany, aczkolwiek, nie taki barwny jak u Schulza, to jednak porównywany do Schulza, to coś zdecydowanie jednorazowego w literaturze Śląska? Bo co, bo Eichendorff, to niby jaki miewa iloczas, rym, rytm i melodię? Taki sobie jak reszta romantyków-przyrodników i dlatego właśnie po niego kompozytorzy tak masowo sięgali. (Masowo użyłem celowo – bo pieśni niemieckie romantyczne to dla mnie taki pop i folk, aczkolwiek wieku 19. {aczkolwiek zastosowałem także celowo, z innego powodu}). Niby Eichendorff nie otrzymał na świadectwie oceny całkiem dobrej z polskiego? A Hauptmann Gerhart to w języku niczego nie zwojował. Niby po jakiemu Gerhart Tkaczy napisał kto przetłumaczył Reymonta na niemiecki? A Janosch dla dorosłych to jak pisze a dla dzieci to pisze językiem Bonselsa?

No i ten Grass, który w 1995 w Krakowie mówi mi, że od Śląska, zwłaszcza Górnego, w literaturze trzyma się daleko, bo mu przykrości innych wystarcza aż nadto. Tak, tak, ten Günter z Dancigu, co to niby w Blaszanym bębenku nawiązuje, wręcz wzoruje się na Auguście z Hultschiner Ländchen. Tak, tak, ten noblista, którego nie tłumaczono na polski pod pretekstem obrazoburczości, antypolskości, wyuzdania seksualnego… Barykad broniących mojej czystości takiej i siakiej bronili z nożyczkami w ręku krytycy i historycy literaccy – naukowi specjaliści kafiarniani od literatury enerdowskiej oraz pisarze najemni.

Východní…

Scholtis w 1920 głosował za tym, aby cały Górny Śląsk został w Niemczech. Na nic to. Kraik Hulczyński przypadł Czechosłowacji, a lichnowszczyznę podzielono między ČSR, Niemcy i Polskę. W Scholtisie budzi się świadomość rozbioru, oszustwa! Miast synergii swojszczyzny zwanej po niemiecku Heimatem panuje duchota, bażyny i maras.

Wyjeżdża do stolicy starej a nowej. W Pradze kontaktuje się z Karlem Čapkem. W 1930 przenosi się do Berlína, gdzie mieszka do śmierci. Niewątpliwie zna Berlin Alexanderplatz i języków 100 niemieckich kabaretów berlińskich. Borchert jeszcze w Hamburgu majtki w zębach nosił a na chleb mówił a a lub b b?

W 1932 ukazał się Východní vítr, skarbnica zawierająca bogactwo, syntezę niemiecko-polsko-czeską w śląskiej Ostrawie. Odwaga literacka i ufność w otwarte umysły czytelników przyszłych. Nie pierwsze to rozczarowanie w miejsce oczarowania.

W Trzeciej Rzeszy po odmowie przystąpienia do Reichsschrifttumkammer otrzymuje zakaz pisania.

Podczas wojny służy w jednostkach p-poż. w Katowicach, przeniesiony na Zachód, dostaje się do amerykańskiej niewoli.

Przekład.

Nie pochylam się nad przekładem Aloisa Smolorza. Dobrze, że Herr Alois przełożył, dobrze i tyle. Powiedział pan Alois, że jest to język trudny – wypada się zgodzić i obejrzeć film ze spotkania z tłumaczem w Muzeum Śląskim, bo film dokumentuje, że polska jynzyka jest ciynszko. Wnioski nasuwają się same przez się. No ale prawie wszystko ma swoje granice. Złośliwość też.

Wschodni wiatr? Wiatr wschodni? Wiatr Wchodu? Wiatry Wschodu? Trzeba by było znać Leśmiana.

Czwartej części nie mieszając. Chociaż…

Mało mnie bawi podtytuł w polskojęzycznym wariancie: Śląska opowieść sowizdrzalska.

Samo już: „śląska” budzi cyniczny uśmieszek u Scholtisa Górnoślązaka.

Sowizdrzalską zaś ta powieść być nie może z dwóch powodów:

  1. ponieważ pojęcie zostało wprowadzona jako rodzaj przez Brücknera dla literatury małopolskiej;
  2. ponieważ Ostwind nie wykazuje cech charakterystycznych nawet i dla korpusu tej literatury.

W moim wydaniu (August Scholtis, Erzählungen – Dramen – Romane, Berlin 1994, nie ma podtytułu, w innych znalazłem następujące:

  • „Ostwind, Roman der oberschlesischen Katastrophe“ (1932, wznowienie 1986);
  • „Východní vítr. Román hornoslezské katastrofy” (česky 1986).

Pozostając w kręgu skojarzeń jedynie, to Alois Smolorz jakoś mi się kojarzy trochę z Schodrokiem – Brillokiem, który przybliżył prostaczkom Eichendorffa i pośpiewali sobie pieśni z jego słowami.

Logika?

Woher wissen sie es, daβ hier überdurchschnittliche Deutschkenntnisse gefragt werden, wenn sie anscheinend selbst des Deutschen nicht aureichend mächtig sind? Open Question!

Mnie raduje, że Michał Smolorz w 2012 roku mylił się, jakoby książka nigdy nie miała doczekać się polskiego wydania.

Nie zmienia to faktu, że nadal zbyt wielu koryfeuszuf od tukejszyj tfurczości żyje w przekonaniu, że „cała istniejąca śląskość to tylko sztuka ludowo-jarmarczna, rzekomy folklor i krupniokowa tandeta.”*

Odlot.

Niezły odlot zafundowała nam Silesia Progress z tym Sołtysem ze Bolacic. Fajer nad fajerami – taki nasz, taki fest, taki, frechowny i ze wicym. Biercie sie gibym za Wiatr od wschodu dopóki świyży, bo Wschodni wiatr? Wiatr wschodni? Wiatr Wchodu? Wiatry Wschodu? Niejedną ucztę literacką w historii zadrzistoł, libo spopieloł, a dyjament w żarze głupoty się niy ostanie, bo to ino wongiel…

Ino co kere wiyrhym lecom, to wartko na pysk bachnom. To lećcie powoli, miłośnie – do zachwytu, do podziwu, do piękna i mądrości.

Canon Silesiae to nie Literatenfutter.

*Michał Smolorz – jedyny ze Smolorzy, co był pierwszy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wpisz taką liczbę, by działanie było poprawne. *