Dominika Bara – Proza życia prozaika

Pisanie… Kreowanie świata, którego nie ma (nigdy nie było, albo już nie ma?), budowanie nowej rzeczywistości, najpierw w swojej głowie, potem konstruowanie jej z sypkiej materii, jaką są słowa… Tak, jasne że można to tak górnolotnie opisać, bo oto CZŁOWIEK TWORZY. Ale prawda jest taka, że pisanie to zwyczajna robota, rzemiosło, walka z kakofonią języka, no i z technologią. Ale najpierw… Najpierw czekanie. Aż się narodzi w głowie myśl jedna, druga… Trzeba ją zapisać, żeby nie uciekła. Wtedy w komputerze pojawia się Nowy folder. Nazywa się zwykle roboczo, kwintesencją myśli głównej.

A potem… potem się dopiero zaczyna – długie węszenie, skradanie się, obwąchiwanie tematu.. A z tym – tomy przeczytanych książek, przejrzanych dokumentów, fotografii, godziny wysłuchanych relacji. Folder zapełnia się materiałem do późniejszego weryfikowania (z czasem pęczniejąc tak, że gdy trzeba i tak niczego nie można w nim znaleźć).

W końcu myśl przeradza się w wątek główny, a czasem w drugi wątek główny, na zupełnie inną rzecz, na jakieś ‚potem’. Wtedy, a czasem w tzw. międzyczasie, znów powstaje nowy folder, tym razem folder właściwy, a w nim plik główny i pierwsze zdanie. To pierwszy ulubiony moment w tej pracy (drugim jest postawienie kropki po zdaniu ostatnim). Od myśli głównej kiełkują wątki pobocze. A z każdym poboczny wątkiem, plik nowy w folderze się rodzi, plik kolejny w folderze zakwita. I tak mnożą się, multi-plikują, aż w końcu zaczynają przepychać się między sobą, rządzić się własną narracją, o prym w narracji głównej się spierać. I wtedy… Wtedy właśnie widać pierwszy kształt. Daleki od kształtu ostatniego, ale taki już dla wprawnego oka czytelny, jak kształt płodu na jego pierwszym USG. I to jest znak, że właśnie zaczyna się hardcore – ostra harówa w słówek gładzeniu, w zdań roztrząsaniu, w dopisywaniu i wyrzucaniu. W powrotach do wersji pierwotnych (najczęściej). Taka wykończeniówka – głównie jednak dla autora.

Bo przecież pisanie to czas niewolny też od prawdziwych dramatów i tragedii. A to kot po klawiaturze przeszedłwszy, łapą skrót klawiszowy uruchomił i pół tekstu, żmudnie pisanego tego dnia, poszło nie wiadomo gdzie (swoją drogą, może są takie pliki w chmurze – czy w czym tam – gdzie wszystkie zagubione, w eter wysłane teksty w książki się składają?). To znów wino, zamaszyście przez autorkę odstawione, na klawiaturę się rozlało (nauka z tego taka, żeby klawiatury potem suszarką nie suszyć, bo to źle jej robi). No i właśnie. Że wino…

Bez wina, choć może pisać tego nie powinnam, w ogóle nie ma żadnej prozy. Wino czerwone, najlepiej kalifornijski zinfandel, czy włoskie primitivo, ale i chillijskie carmenere dobrze literaturze robi. Potem dopiero laptop i kanał you tube – taka to triada warsztatu pracy.

Wieczory z winem i łagodnie sączącą się muzyką dają odpoczynek i ukojenie. Tak jak pisanie – będące rozkoszą, nawet jeśli pisze się o sprawach trudnych i mało odprężających. A każda kropka kolejna na końcu postawiona, jest zapowiedzią nowego, pierwszego zdania. Zatem, do pracy – utwórz nowy folder, otwórz stare wino, napisz kolejną rzecz…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wpisz taką liczbę, by działanie było poprawne. *