Karasol kręci i po drugiej stronie (miły list i recenzja przy okazji setnego wpisu na stronie)

Witam Pana, p. Ginterze – i przesyłam serdeczne pozdrowienia z Adelajdy, w dalekiej Australii.
Najpierw powinienem się chyba przedstawić, a więc do roboty:
nazywam się Andrzej Jasiński – i jestem rodowitym katowiczaninem (z dawnego Osiedla Św. Ducha, czyli z bliskiego sąsiedztwa Załęża, gdzie zresztą dość często bywałem.) Zwykle w takich przypadkach ruszałem w drogę przez Chorzowską, wzdłuż huty Baildon ulicą Żelazną a potem przez most na Rawie – i odwiedzałem najczęściej albo znajomych na Gliwickiej, albo kino Apollo, albo też starą aptekę “Pod Orłem”, usytuowaną już dość daleko, po prawej stronie Gliwickiej idąc w stronę Hajduk. W rejon waszych familoków na Bocheńskiego raczej się nie zapuszczałem, bo chyba byłoby to już za duże ryzyko dla obcokrajowca z rejonu holcplacu przy kop. Gottwald.

Właśnie niedawno skończyłem lekturę dwóch ciekawych książeczek Pana autorstwa (“Synek z familoka” i “Meandry załęskiego sportu”), które otrzymałem w prezencie w czasie niedawnego urlopu w Polsce od Krysi Urgacz, naszej dobrej znajomej a zarazem serdecznej przyjaciółki mojej siostry Krystyny (artysty plastyka), z którą znają się od wielu, wielu lat.
Obie książeczki przeczytałem z wielkim zainteresowaniem. Oprócz faktów, śląskich realiów i opisów  ciekawych sytuacji – znalazłem tam również wiele znajomych nazwisk, w tym nawet moich sąsiadów z osiedla: braci Zająców (piłkarzy Baildonu) i p. Kukli, czyli sławnego na całe Katowice konnego lodziarza, którego Pan tak ładnie opisał. Jego zakład mieścił się pod Nr. 11, gdzie do tej pory mieszka jeszcze jego rodzina – a prawnuczka nawet prowadzi mały sklepik spożywczy.)  Te książeczki, to bardzo wciągająca lektura, do której z pewnością będę wracał jeszcze nie raz. Również, postaram się zdobyć dla siebie więcej pozycji z tej bardzo interesującej listy książek wydanych staraniem Narodowej Oficyny Śląskiej, którą znalazłem na końcu książki – same perełki tam widzę, tylko jak je zdobyć?
Co do mnie samego – to mam lat 68 (rocznik 1949), chodziłem do podstawówki na Koszutce, potem do Technikum Chemicznego No.2 w Chorzowie (z praktykami w koksochemii u Ritgesa w Hajdukach), a potem skończyłem AGH (maszyny i technologie budowlane), gdzie poznałem żonę (rodem z Gór Świetokrzyskich.)
Od roku 1981 mieszkamy w Australii, gdzie przekwalifikowaliśmy się na górników (bo praca czekała wtedy głównie w tej branży) – i spędziliśmy 33 długich i pracowitych lat, przemieszczając się wzdłuż i wszerz Australii – a pracując głownie w projektowaniu, ale także w produkcji (zarówno na powierzchni jak i na dole, gdzie byłem szefem utrzymania ruchu.) W okresie ostatnich 13 lat pracowałem w Adelajdzie jako dyrektor techniczny dużej, międzynarodowej korporacji, trudniącej się projektowaniem i budową kompletnych obiektów przemysłowych (kopalń, hut, portów morskich, itp.) Od początku 2015 jestem już na emeryturze, trochę jeszcze pomagając z doskoku moim dawnym kolegom, ale traktując to ściśle jako rozrywkę i hobby a nie źródło zarobku.
Mamy jednego syna, który przyjechał z nami do Australii jako małe dziecko  (oczywiście z bardzo atrakcyjnym miejscem urodzenia w papierach, jakim są Katowice.)
Czyli mamy pod ręką następnego australijskiego Ślązaka (zresztą bardzo patriotycznego) w naszej kolekcji (jest doktorem nauk technicznych i menadżerem w rządowym instytucie obrony narodowej.)
To tyle o nas, by nie zostać anonimowym korespondentem.
Na koniec jeszcze raz przesyłam moc serdecznych pozdrowień, wraz z podziękowaniami za trud włożony w poszukiwania źródłowe i za napisanie tych dwóch cennych dla mnie książeczek, które właśnie miałem okazję przeczytać.
Zgodnie z Pana życzeniem (które przekazała mi Krysia Urgacz) posyłam parę zdjęć, dla potwierdzenia, że Pana  książki są już obecne na kontynencie australijskim (przyślę więcej, jak dotrę do jakiejś ciekawszej lokalizacji w rodzaju parlamentu stanowego lub naszej ogromnej stanowej biblioteki, gdzie zamierzam przekazać w przyszłości Pana książki, po zdobyciu dodatkowych egzemplarzy.) Miejsce, które jest pokazane na tych dzisiejszych zdjęciach – to historyczny punkt lądowania pierwszych osadników w Południowej Australii, w roku 1836.
Życzę zdrowia – i Wszystkiego Dobrego.
Z pozdrowieniami,
Andrzej Jasiński
Adelaide
Australia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wpisz taką liczbę, by działanie było poprawne. *