Gintera Pierończyka „opowieści o Śląsku niewymyślonym”

W dzisiejszych czasach faknewsów i manipulacji, półprawd i całych kłamstw, szczególnego znaczenia nabiera twórczość Gintera Pierończyka, który z pasją i podziwu godną rzetelnością ocala od zapomnienia prawdę, prawdę najważniejszą: nie tę tak zwaną prawdę historyczną – ta bowiem zbyt często jest w służbie polityki, lecz tę przechowaną w ludzkiej pamięci i przekazywaną z pokolenia na pokolenie, najczęściej w tradycji ustnej, która – krucha jak ludzkie życie – wymaga utrwalenia, a pod piórem Pierończyka nabiera mocy dokumentu, bo na dokumentach wspierających ludzką pamięć jest oparta.

Czytaj dalej Gintera Pierończyka „opowieści o Śląsku niewymyślonym”

Karasol kręci i po drugiej stronie (miły list i recenzja przy okazji setnego wpisu na stronie)

Witam Pana, p. Ginterze – i przesyłam serdeczne pozdrowienia z Adelajdy, w dalekiej Australii.
Najpierw powinienem się chyba przedstawić, a więc do roboty:
nazywam się Andrzej Jasiński – i jestem rodowitym katowiczaninem (z dawnego Osiedla Św. Ducha, czyli z bliskiego sąsiedztwa Załęża, gdzie zresztą dość często bywałem.) Zwykle w takich przypadkach ruszałem w drogę przez Chorzowską, wzdłuż huty Baildon ulicą Żelazną a potem przez most na Rawie – i odwiedzałem najczęściej albo znajomych na Gliwickiej, albo kino Apollo, albo też starą aptekę “Pod Orłem”, usytuowaną już dość daleko, po prawej stronie Gliwickiej idąc w stronę Hajduk. W rejon waszych familoków na Bocheńskiego raczej się nie zapuszczałem, bo chyba byłoby to już za duże ryzyko dla obcokrajowca z rejonu holcplacu przy kop. Gottwald.

Czytaj dalej Karasol kręci i po drugiej stronie (miły list i recenzja przy okazji setnego wpisu na stronie)

Grażyna Bułka i „Afy” Dominiki Bary

Są książki, które połykam jednym haustem. Są takie które mnie męczą ale docieram do finału. Bywają takie których nie kończę ale są i takie których się nie da czytać ciągiem. Trzeba robić przerwy bo ich ładunek emocjonalny jest tak ogromny, że umysł i moja wrodzona empatia nie pozwala mi składać liter.
Właśnie zaczęłam upragniony urlop po trudnym sezonie i powoli nadrabiam czytanie odkładanych przez wiele miesięcy książek.

Rozpoczęłam swoją podróż po słowach od książki Domniki Bary o niewinnym tytule „Afy”. Jakaż to dawka emocji!!!! Opowieść napisana ręką autorki traktuje o historii związanej z obozem ZGODA Świętochłowice. Pani Dominika odkrywa przed nami prawdę o której milczano przez wiele lat. Prawdę która boli i porusza. Obóz Zgoda Świętochłowice był od lutego do listopada 1945 roku piekłem na ziemi dla wielu niewinnych Ślązaków. Piekłem, które zgotowały tym ludziom władze komunistyczne państwa polskiego. Autorka przywołuje za pomocą swoich bohaterów tamte okrutne wspomnienia i przerażające historie ludzkich tragedii. Równocześnie kreśli nam postać Salomona Morela, komendanta tego obozu, człowieka okrutnego, bezwzględnego, pełnego nienawiści. Kata, który nigdy nie poniósł kary za swoje zbrodnie na ludności śląskiej.

Pani Dominiko!!!! Ogromnie dziękuję za  przywołanie tych bolesnych faktów. Pozostaję pod wielkim wrażeniem i obiecuję, że będę Pani książkę polecać każdemu. Wszyscy powinni poznać prawdę tamtych strasznych dni, bo jesteśmy to winni ofiarom i ich rodzinom. Czytanie tej książki boli ale ten ból potrzebny jest nam wszystkim.

Dziękuję! Z poważaniem Grażyna Bułka

Wybaczyć i nie zapomnieć? – Dzieci Hanyski

Wybaczyć krzywdy doznane a zapomnieć o nich to dwie różne sprawy.

Nie widzę powodu, żeby nie szukać prawdy.

Nie widzę powodu, żeby nie mówić prawdy.

Kto prawdy nie mówi, ten kłamie, ten dom swój stawią na wodzie lub na piasku, ten gówno kocha i smród wąchać każe, mówiąc, że spoglądać należy przed siebie – w przyszłość!

Bezpieczna przyszłość naszych dzieci, to rodzice nie ukrywający przed nimi prawdy – z takich czy innych powodów.

Żeby wybaczyć, trzeba wiedzieć, co się wybacza. Zamilczeć prawdę na zawsze, zapomnieć na śmierć, zniekształcić fakty, to się nie powiedzie, to się nie da.

Prawdy o krzywdach wyłażą po latach w kobiecych książkach o życiu strasznym w Kraiku Hulczyńskim, w mieście, nazwijmy to miastem, te Świętochłowice i okolice, we wsi górnośląskiej, bo Opole to też Śląsk Górne, też, a może przede wszystkim, bo na zawsze stolica Górnego Śląska.

Pisze Eva Tvarda, pisze Dominika Bara, pisze śp. Helena Buchner o krzywdach Górnoślązaczek.

Kobiety piszą – kobiety czytają. Kobiety czytają, myślą, milczą, mówią – mówią głośno i głośnie i głośniej i krzyczą. A kiedy kobiety krzyczą, to znaczy, że przebrała się miarka…

„Kto im dał prawo? Nikt im nie dał prawa do oszukiwania – mówi znajoma Polka po sześćdziesiątce. Wychowałam się tu. Tu wychowałam dzieci. Jestem stąd. Mieszkałam i chodziłam do szkoły na Śląsku, a czytając Hanyskę, dowiadywałam się, że nic nie wiedziałam o Śląsku, o sąsiadkach i ich matkach.”

„Qrwa, mówi moja koleżanka z klasy. Qrwa, nic nie wiedziałam. Chodziłam do szkoły, studiowałam, a teraz się okazuje, że mnie oszukiwali. Próbowali mi wmówić, że jestem gorsza, że moi ojcowie byli zbrodniarzami.”

Sąsiadka po 80. mówi: „Mialam dwanaście lat. Przyszedł taki z opaską na ramieniu i pistoletem. Zabrał ojca. Pobiegłam za nimi. Zapędzili ich w kolumnie na Zamkową w Katowicach, potem do hali targowej w Chorzowie, potem do lagru w Świętochłowicach. Przyszedł ktoś i powiedział nam, że widział gołego tatę w dole przysypanego wapnem.”

Postulują, żeby zapomnieć, żeby nie żyć przeszłością. Głupie gadanie – ludzie zawsze żyją przeszłością.

Tak, mówią: Nie można żyć przeszłością, to niby dlaczego żyć przeszłością zakłamaną.

Przeczytajcie Dziedzictwo Tvardej, Hanyskę i Dzieci Hanyski Buchnerowej (wydawnictwo Silesia Progress), Afy Bary (wydawnictwo: Narodowa Oficyna Śląska).

Żeby o Górnym Śląsku dyskutować, to trzeba czytać i czytać i czytać.

Wto czito, tego niy cyganiom.

No i idźcie do Teatru Korez na Mianujom mie Hanka. Tekst jest pana Alojzego Lysko. Gra Grażyna Bułka, reżyseria Mirosław Neinert, dźwięk Stanisław Szydło, obraz Grzegorz Chudy i inna robota Sergiusza Brożka

Buchner, Tvarda, Bara, Lysko, Bułka, Neinert, Szydło, Chudy, Brożek. Tak

Aleksander Lubina

Godulowa saga – Jerzy Buczyński

Dość ładne to. Spokojnie napisane, bez wodotrysków, suspendów, retrospekcji czy też żonglowania innymi technikami, które mają powodować, że czytając książkę dostajemy większych wypieków na twarzy. Bez tej całej ekwilibrystyki, czasem denerwującej, bez magicznych mocy… Stop! Wróć! Magiczne moce są. Jest przecież Diabeł z Rudy albo Czarodziej z Rudy, bo tak nazywali Karola Godulę jego współcześni. Ale co tam z niego za diabeł? Oczywiście najlapiej przeczytać i samemu się dowiedzieć.
Historia leci swobodną, prostą opowieścią. Ale, że dobrze opowiedziana, to wciąga. No bo cóż takiego miał w sobie ten facet, jakie moce, że z pomocnika leśniczego przeistoczył się w najbogatszego przemysłowca na Śląsku w XIX wieku?
Co denerwuje podczas czytania? Zbytnie wyidealizowanie głównej postaci. No ale w końcu to nie jest naukowa biografia, tylko beletrystyka. Pan Jerzy ma prawo do własnej wizji.
Co się podoba? Dobre dialogi w języku śląskim. Wiem, o czym mówię, bo znam ten język. Czego za mało? Informacji o kontekście, otoczeniu w jakim Godula żył i działał. Ale czy to wada, czy zaleta, to już każdy musi indywidualnie ocenić.

Marian Kuś

Dominika Bara – Proza życia prozaika

Pisanie… Kreowanie świata, którego nie ma (nigdy nie było, albo już nie ma?), budowanie nowej rzeczywistości, najpierw w swojej głowie, potem konstruowanie jej z sypkiej materii, jaką są słowa… Tak, jasne że można to tak górnolotnie opisać, bo oto CZŁOWIEK TWORZY. Ale prawda jest taka, że pisanie to zwyczajna robota, rzemiosło, walka z kakofonią języka, no i z technologią. Ale najpierw… Najpierw czekanie. Aż się narodzi w głowie myśl jedna, druga… Trzeba ją zapisać, żeby nie uciekła. Wtedy w komputerze pojawia się Nowy folder. Nazywa się zwykle roboczo, kwintesencją myśli głównej.

Czytaj dalej Dominika Bara – Proza życia prozaika

Dominika Bara o „Listach z Rzymu”

Zbigniew Kadłubek: Listy z Rzymu. Opole, 2012

Napisać, że sztuka epistolografii ma długą tradycję, to jak nic nie napisać. Ale zacząć przecież trzeba po bożemu. Ma zatem tradycję długą i wciąż kontynuowaną, zwłaszcza że nowoczesne technologie sprzyjają bardzo tej formie komunikacji. Bo czymże jest dziś e-mail czy sms, jeśli nie listem? Elektronika determinuje może formy bardziej lapidarne, zwięzłe, ale to nie wada przecież, bo limity narzucają w tej materii dyscyplinę, czasem w wypowiedziach bardzo wskazaną.

Z „Listami z Rzymu” Zbigniewa Kadłubka nie ma to jednak nic wspólnego. I to z powodów co najmniej kilku. Jednym z nich jest oczywiście język. Śląski, w najlepszym brzmieniu. Bo to śląski, wypływający z ust filozofów, mistyków, poetów czy pisarzy (Nietzsche, Cioran, Blaise Pascal, św. Paweł, Franz Kafka, Ezra Pound), to śląski wybrzmiewający w Bhagawadgi-cie czy Biblii. Wielkie myśli i fragmenty kolosalnych tekstów brzmią w języku śląskim mocno i pewnie, łamiąc pokutujący w mass-kulturze stereotyp, zgodnie z którym śląski to język ludyczny, prosty, jarmarczny, niezdolny do opisu poezji czy systemów filozoficznych.

Czytaj dalej Dominika Bara o „Listach z Rzymu”

Ewa Wrożyna o procesie twórczym

Czym jest proces twórczy? 

Skłaniając się ku swoim pasjom angażuję wszystkie swoje zmysły. Dużą rolę w procesie tworzenia odgrywają emocje. Pomocna jest pamięć. Najważniejsza wyobraźnia. Umiejętności techniczne to rzecz względna. Można się tego nauczyć bądź tworzyć intuicyjnie. A wtedy mówimy o wrodzonym talencie.   

W zależności od indywidualnych cech artysty, jego wrażliwości, warsztatu i potrzeb powstaje dzieło na jego miarę.  Generalnie proces twórczy to rodzenie się pomysłu, fizyczna praca nad nim i spełnienie. Wszystkie etapy niezwykle emocjonujące. Ostatni etap jest najbardziej przyjemny. Pod jednym warunkiem.  Że da satysfakcję artyście i odbiorcy. 

Czytaj dalej Ewa Wrożyna o procesie twórczym

Grzegorz Chudy o procesie twórczym

Czym jest proces twórczy? Ile godzin pracuje artysta? Gdzie pracuje? Czy ma swoje sekretne zwyczaje? Przesądy związane z twórczością artystyczną? Czy jest rzemieślnikiem – „wyrobnikiem sztuki”? Czy może wizjonerem?

Wbrew temu, co ogólnie się myśli proces twórczy nie jest samym rysowaniem czy malowaniem. Proces twórczy zaczyna się od próby wymyślenia obrazu – i z samego początku jest niczym innym jak gonitwą myśli i próbą zestawieniu kilku widoków w jeden, ale nie na kartce – tylko w swojej głowie. Bywa, że ta część jest najdłużej trwającą. Są obrazy, których wymyślenie zajęło rok, ale często zdarza się – jak w przypadku ilustracji, że tekst jest na tyle plastyczny, że obraz w wyobraźni tworzy się w jednej chwili. Wstępny i szkic i malowanie – to już sama przyjemność.

Nie maluję w plenerze. Lubię malować trzy, cztery obrazy jednocześnie, a praca plenerowa coś takiego wyklucza. Jednak nie można powiedzieć, że praca nie odbywa się na zewnątrz. Odbywa się – jednak narzędziem zamiast pędzla staje się aparat fotograficzny lub telefon. To najszybszy sposób szkicowania. Wiele postaci, które znalazły się na obrazach to nieświadomi niczego bohaterowie ze zdjęć zrobionych w podróży albo dzieciaki „ustrzelone” na placu zabaw. Mam czteroletnią córkę, więc szalejące bajtle z Nikiszowca same „pchają się” na papier do akwareli. Mam to szczęście, że od stycznia posiadam swoją własną pracownię w jednym z nikiszowieckich mieszkań. To wyjście z domu daje bardzo duży komfort.

Nie zaobserwowałem sekretnych zwyczajów ani przesądów. Na skutek malowania doszło jednak do jednego bardzo ciekawego uzależnienia. Nie mogę sobie wyobrazić machania pędzlem bez słuchania audiobooków. To ciekawe, że zupełnie inna część mózgu odpowiada za dobór kolorów, nakładanie warstw farby, tworzenie światłocieni; a inna za śledzenie skomplikowanej nieraz fabuły. Nie wiedzieć czemu najlepsze prace powstają przy kryminałach, głównie skandynawskich.

Oczywiście, cudownie byłoby być wizjonerem, którego prace komentowane są na łamach światowej pracy, a kolejki na wystawę są długie jak trzy boiska piłkarskie, jednak nie oszukujmy się – tak nie jest. Każdy artysta musi być rzemieślnikiem – nie widzę w tym niczego złego. Malowanie to taki sam proces jak szycie butów – ma swoje zasady, podstawy, których ktoś nauczy lub dojdzie się do nich samemu długą pracą. To rzemiosło, które daje nam zestaw konkretnych narzędzi, które przekształcą malarza w artystę. Wyrobnictwo? Też się zdarza. Czym bowiem innym są prace komercyjne, robione na zamówienie. Bycie artystą to brzmi dumnie, ale bycie głodującym artystą – w realnym życiu jest żałosne. Romantyczna artystyczna duma rodziny nie nakarmi. Myślę, że cały sekret tkwi w wyznaczeniu sobie pewnych granic, polegających chociażby na jasnym określeniu, że pewnych rzeczy nigdy nie namaluję.