Marcin Kik, „Filozofjo po ślōnsku czyli heft do historje filozofje dziadka Kika”, Silesia Progres, Opole, 2014

Recenzowana pozycja ma głównie walor porządkujący, przede wszystkim ze względu na systematyczny i chronologiczny wykład  biogramów czołowych reprezentantów filozofii, od antyku do współczesności Za istotne zalety pracy uznać także należy rozważania (zawarte w odniesieniu do każdego omawianego autora) a odnoszące się do syntetycznej prezentacji jego poglądów, co zdecydowanie wykracza poza przyczynkarskie i kronikarskie silva rerum historii filozofii. Praca jest warta uważnej lektury i godna polecania osobom zainteresowanym problematyką filozofii i historii cywilizacji, przede wszystkim ze względu na skrupulatną i przemyślaną prezentację poszczególnych sylwetek, w ramach narzuconego sobie przez autora syntetycznego ujęcia (zasadniczo poszczególne omówienia nie przekraczają 2 kartek wydawnictwa, wyjątek stanowią omówienia kierunków (presokratycy; stoicyzm, stoicyzm i epikureizm; gdzie autor kreśli z natury rzeczy (nomen omen) portret zbiorowy reprezentantów).

Czytaj dalej Marcin Kik, „Filozofjo po ślōnsku czyli heft do historje filozofje dziadka Kika”, Silesia Progres, Opole, 2014

Hanyska – Helena Buchner

Matriarchat, śląski matriarchat? Oczywiście.  Na Śląsku rządziły i rządzą kobiety. Rządzą matki. Rządzą omy. Chłop, to może ciężko robić, wypić sobie po robocie albo zagrać w szkata z kamratami. Może śmierdzieć piwem, czy też szkatem po powrocie do domu. Dużo może. Może se pogodać. Ale wypłatę i tak odda żonie, która zadba o to, by miał wypraną koszulę na niedzielną mszę, oraz by dzieci były czyste i nie chodziły głodne do szkoły. Sto lat temu dbała. Teraz dba. Bez znaczenia jest czas. On nie ma nic do gadnia. A niby taki to twardziel, ten śląski chłop. Bergmon albo hutnik, a może i rolnik, staje się miękkim woskiem na widok swojej baby. Swojej Ślubnej. Swojej Matriarchalnej Godzilli.

Czytaj dalej Hanyska – Helena Buchner

Mianujom mie Hanka

Tekst: Alojzy Lysko 
Gra: Grażyna Bułka
Reżyseria: Mirosław Neinert
Oprawa plastyczna: Grzegorz Chudy
Oprawa muzyczna: Stanisław Szydło

A za tych, którzy umarli, pomódlmy się.

A za tych, którzy umarli zamilczeni na śmierć w goryczy, w zmowie narodowej, państwowej, barbarskiej, pomódlmy się.

Pomódlmy się Ślązacy, Niemcy i Polacy za tych, którym nie dano wykrzyczeć bólu, którym nie dano porozmawiać o draństwie wojennym i powojennym: śląskim, polskim i niemieckim, za tych, którzy nie obejrzeli Mianujom mnie Hanka.

Czytaj dalej Mianujom mie Hanka

Bogdan Widera o „Kleofasie wpisanym w życiorys”

Autor jest górnikiem, który po przejściu na emeryturę odkrył w sobie pasję badania historii najbliższej – rodzinnej, miejsca urodzenia i dzieciństwa, zakładu pracy.

Jego książka nie jest monografią kopalni, choć sporo w niej wiadomości o początkach ( trudnych) tego zakładu wydobywczego, walce z wodą gruntową, pojawianiu się maszyn,wielkiej katastrofie z 1896 r.,budowie kościoła p.w. św. Józefa,też skomplikowanych powojennych dziejach „Kleofasa”. To bardziej esej w ogóle o Załężu – dzisiejszej dzielnicy Katowic,ale też  o Śląsku i Ślązakach. Na tak zarysowanym tle przedstawiona zostala historia rodziny Pierończyka związanej z kopalnią od czterech pokoleń.Zasługą autora jest spisanie wspomnień, zgromadzenie bogatego materiału ilustracyjnego – cennych zdjęć archiwalnych, w tym rodzinnych, praktycznie zaś ocalenie pamięci o Śląsku, którego już nie ma i życiu jego mieszkańców.

August Scholtis, Wiatr od wschodu – Aleksander Lubina

Echt Hanysy i Oberschlesier’y czytajom buchy wydnictw Silesia Progress i Narodowo Oficyna Śląsko.

Silesia Progress?

Owszem, owszem, Silesia przeżywa progres.

Rośnie, wzrasta, wzlatuje, wzbogaca rynek księgarski, umożliwia czytelnikowi szerszy wybór, wspomaga poznanie literatury i twardo stąpa po wolnym rynku. To wspaniale. To Silesia! To po naszymu!

Wyśmienicie, że Silesia ma Pyjtera Długosza, bo bez niego byłoby o wiele mniej książek o Śląsku i po śląsku.

Dobrze, że Długosz wydał Dzienniki księdza Pawlara, Hanyskę, Dziedzictwo, Obcego w kraju urodzenia oraz Burnsa po naszymu a Scholtisa po polsku – bardzo dobrze.

Bardzo dobrze, że Długosz wyłożył pieniądze, żeby Ostwind po 83 latach od napisania i wpisania przez nazistów na listę prohibitów znalazł się w księgarniach Rzeczpospolitej. Wreszcie można porozmawiać o tej książce po jej przeczytaniu w tłumaczeniu. Mnie ją i Blaszany bębenek przemyciła Oma z Efu…

Do 2015 psy na Auguście wieszano bezkarnie lub z wypiekami na twarzach szeptano o nim i jego książkach karnie, podsłuchując wspomnień o Scholtisie strażaku-policjancie w Kattowitz podczas wojny drugiej i gościu oficjalnym, pezetpeerowskim w Katowicach po wojnie drugiej – a im więcej dymku cygarowego i piwa wypitego, tym bliżej było do własnego zdania i Górnego Śląska poznania.

Niedobrze, że Długosz na Wiatr od wschodu wyłożył własne pieniądze, bo interes kulturalno-narodowy wymagałby, aby książka Scholtisa skorzystała z większych pieniędzy – i to pieniędzy podatnika, bo podatnik powinien przeczytać Scholtisa bezwzględnie. Powinien przeczytać i pojąć ważkość tego dzieła, tego wydarzenia literackiego. Istotne jest, bo spotkania z książką reklamowano jakby z grymasem dziecka na nocniku – trzeba zrobić, to zrobiMY, byleby smrodek się nie rozszedł. Zamilczano może i z tego powodu, oraz innych (ale o tym w maju napiszę), 100 rocznicę urodzin Wilhelma Szewczyka – a wiadomo, co Szewczyk i Sołtys niejedno napisali, obgadali i zrozumieli – jak to rękodzielnik z Bauerem najistotniejszym.

Jedna inwestycja to wydanie książki i jej promocja a druga, chyba istotniejsza, to jej rzetelne omówieni oraz przygotowanie czytelnika do percepcji. Na to powinny iść pieniądze podatnika – na edukację, na edukację. Wiatr od wschodu to lektura obowiązkowa, bo to kanon literacki a bez jego znajomości jest się człowiekiem niezbyt wykształconym… Takim soroniom nieczytatym, nienaumionym, do sie weprzeć, co one kształcone, a one ino diploma majom i hauzkyjza we gowie.

Wiatr od wschodu

nie powinien powodować przeciągów w pustych kamerlikach. Co prawda Górny Śląsk to otwarta przestrzeń literacka – o ile przestrzeń może być zamknięta – to jednak tu mowa o otwartości kulturowej a nie o próżni mózgowej. Ostwind trafia jeżeli nie w próżnię, to na ziemię jałową, wypaloną żarem przekonań właściwych pseudo patriotycznych i politycznie poprawnych, wypłukaną wodolejstwem akademickim i medialnym, wysmaganą wiatrami po kiepskich krupniokach, preswuszcie i żymlokach świynconych przede Godami w towarzystwie kiełbasy czoskowanej sowicie i baranków niepasanych a jeno ostrzyżonych do gołej…

Czytaj dalej August Scholtis, Wiatr od wschodu – Aleksander Lubina

Dominika Bara, Afy, Narodowa Oficyna Śląska, 2017

Aleksander Lubina

Debiut w KARASOLU!

Afy Dominiki Bary – już jakiś czas w księgarniach.

Książka ukazała się dzięki pomocy KARASOLA. Ginter Pierończyk polecil maszynopis Aleksandrowi Lubina a ten Anrzejowi Roczniokowi, który książkę wydał. Tak kręci się Karasol – miejsce spotkań i zbierania doświaczeń.

Dominika Bara (ur. 1972 w Chorzowie) – absolwentka filologii polskiej Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Od 1998 r. pracownik Biblioteki Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego. Autorka artykułów w czasopismach popularno-naukowych („2K. Kultura i komunikacja”, „Bibliotheca Nostra”, „Teberia. Na styku nauki i gospodarki”.) W 2016 napisała „Afy” – fabularną opowieść o losach więźniów świętochłowickiego obozu pracy „Zgoda”, gdzie w 1945 roku w bestialskich warunkach więziono blisko sześć tysięcy ludzi, z których co trzeci pozostał tam na zawsze.

— — —

Czytaj dalej Dominika Bara, Afy, Narodowa Oficyna Śląska, 2017

Trylogia załęska: Asty kasztana, Synek z familoka, Kleofas w życiorys wpisany Gintera Pierończyka

O Astach kasztana pisałem.

Synek z familoka i Kleofas w życiorys wpisany ukazały się nakładem Narodowej Oficynie Śląskiej.

Wszystkie trzy tytuły uczestniczą w Karasolu książek – kręcą się po świecie – bywają u ludzi.

A ludzie, baby i chopy, piszą i mówią o Pierończykowych książkach:

Czesław Tomecki (trzech braci Tomeckich uprawiało zapasy odnosząc w nich spore sukcesy) pisze do Gintra:

Cześć Ginter.
Z wielką przyjemnością przeczytałem Twoje książki : „Synek z familoka” (pożyczyła mi Madzia) i „Asty Kasztana” (znalazłem w internecie) mam nadzieję, że uda mi się również znaleźć trzecią Twoją książkę „Kleofas w życiorys wpisany”. Jestem pod wrażeniem bogactwa materiału dotyczącego zawiłych losów Ślązaków opisanego na przykładzie swojej rodziny pierwszej połowy XX wieku. Z kolei wspomnienia z Synka z Familoka poniosły mnie w sentymentalną podróż do lat dzieciństwa z naszego jakże bliskiego nam Załęża. Bardzo fajnie się to czytało, gratuluję pisarskiego talentu i życzę dalszych sukcesów na pisarskiej niwie.
Czesiek
Błogosławionych i Radosnych Świąt Zmartwychwstania Pańskiego pełnych rodzinnego ciepła, pokoju i nadziei.
Pozdrowienia i życzenia również od Edmunda.

Czytaj dalej Trylogia załęska: Asty kasztana, Synek z familoka, Kleofas w życiorys wpisany Gintera Pierończyka

Obcy w kraju urodzenia

„Obcy w kraju urodzenia”- Henryka Wańka. Byłem pewny, że znajdę w tej książce pana Wańka takiego, jakiego znam z poprzednich jego książek. Napisać rozczarowanie? To za dużo, ale zawód na pewno. Rozwlekła (dla mnie ta książka mogła by się zaczynać gdzieś od 125 strony, wątek śląski – bardzo skromny i mało autentyczny. Podoba mi się natomiast bardzo celna ocena Polaków jako całości, szeroko pojętego podziemia (z ich „jakoś to będzie”), a nade wszystko środowiska kościelnego (które z reguły jest bardzo hermetyczne i nieskore do szczerych wypowiedzi). Podsumowując. szukałem tego co zawsze było w książkach pana Wańka, a otrzymałem ogólną ocenę lat 80-dziesiątych z Warszawskiego punktu widzenia.

Eugeniusz Ochojski

Irek Widera przeczytoł „Umrzika we szranku”

Myśla, co Marcina Melona snadnie szłoby ôbwinić. I niy znod by sie żodyn, co miołby coś naprzeciw. Ôbwinić ô zbamōncynie i wkludzynie we prziwyk.

Bo ze czytaniym ksiōnżek je jednako kej z kurzyniym cigaret. Jak sie uż roz zacznie, to potym ciynżko skōńczyć. Nale zowdy mōmy jeszcze welonek. Co i jako kurzyć. Bo idzie kurzyć roztōmajte ajnfachowe cigarety skryncane samymu, eli prziwożōne ôd rusa i kupowane bele kaj po torgach. Idzie kurzić jake lepsze, kere kedyś szło dostać yno we Peweksach. Sōm tyż take persōny, kere siōngajōm yno po cigara.

Nale mōj starzik sie tych pierōństw niy chytoł, yno zowdy co ônego widziołech, to kurził se fajfka. A to uż niy ma bele co. To je misteriōm.

I kej tak rozwożōm, jako to je czytać ksiōnżki szrajbowane we naszyj mowie, to mi sie zdo, co napasowanie do kurzynio je fest sprowne. Coroz wiyncyj ludzi niy bako w żodyn roz. Mocka ćmi bele jaki cigarety. Niykierzy siōngajōm po te ze wiyrchnij zorty. Pojedyńcze persōny kerych stykać bierōm sie za cigara. Nale fajfki kurzōm yno rychtig kōnesery.

Czytaj dalej Irek Widera przeczytoł „Umrzika we szranku”

Henryk Waniek: Obcy w kraju urodzenia

Jakoś dziwnie kojarzy mi się ta książka z Miazgą Jerzego Andrzejewskiego. Nie wiedzieć dlaczego…

Takie rozpisywanie się przydługawe, żeby przejść do sedna, wiercenie, kręcenie – rozpoznawanie postaci, nazywanie postaci… Do istoty nie dotarłem – chociaż… ale o tym za chwilę.

Jakieś takie krążenie, takie drążenie, co uzasadnione bywa stylistycznie, aby kunsztem się popisać – tego nie ma ani u Andrzejewskiego i nie ma u Wańka. Nudy, panie i panowie – nudy. Taka miazga. Miazga z czego? Miazga z niczego.

Kto się nie zgadza, to po przeczytaniu polemikę niech podejmie. Przeczytać należy – zobowiązują do tego poprzednie książki mistrza Wańka. Książki z jego świata. Bo ta Warszawa Petera – enerefowskiego korespondenta prasowego – stolyca z 1987, to nie jest świat Wańkowy. To Warszawa powieściowa, to miasto niemieckiego pijaczka, drobnego oszuścika, lawiranta, bajeranta, który nie jest ani paskudny ani żałosny, taki jest nijaki, byle jaki, taki sraki, miazgowaty.

„Obcy…” nie jest światem pana Henryka, oj nie jest… Miazgowata ta europejskość, ta niemieckość siermiężna, ta śląskość taka byle jaka.

Czytaj dalej Henryk Waniek: Obcy w kraju urodzenia